5-letni chłopiec i jego rodzice zginęli w środę wieczorem w pożarze mieszkania przy ulicy Jaśminowej. Wczoraj rano w tym samym budynku spłonął lokal znajdujący się piętro niżej. Tym razem nikomu nic się nie stało.
W środę około godz. 19 z okien mieszkania znajdującego się na trzeciej kondygnacji byłego pielęgniarskiego hotelu przy ulicy Jaśminowej buchnęły kilkumetrowe płomienie. Z mieszkania dobiegały krzyki dziecka. Niektórzy mówią też, że słychać było też walenie w drzwi i ściany.
- Wypuśćcie mnie, mamo, tato, to boli, palę się – krzyczał uwięziony w płonącym mieszkaniu 5-letni Przemek.
Inni świadkowie opowiadają, że mężczyzna z dzieckiem stał w oknie płonącego mieszkania, chłopiec krzyczał i płakał. Potem wszystko nagle ucichło.
Jednopokojowe mieszkanie spłonęło doszczętnie. W środku strażacy znaleźli zwłoki Jolanty i Bogumiła S. oraz ich 5-letniego synka.
Sąsiedzi nie mogą uwierzyć w to, co się stało. Również strażacy kręcą głowami z niedowierzaniem.
- To nawet dla nas było zaskoczeniem, to nie był typowy pożar – przyznaje Tomasz Świniarski, p.o. komendanta miejskiego policji w Elblągu. – Nie było zwykłych oznak pożaru, czyli dymu czy też swądu. Ogień wybuchł nagle.
- Usłyszałem krzyczące dziecko, wyjrzałem przez okno, wówczas zrozumiałem, co się dzieje – relacjonuje Sławomir Tyburski.
Z innym sąsiadem zaczęli wyważać drzwi.
- Ogień w przedpokoju podobno nie był duży. Ale jak dostał cugu, to wtedy dopiero buchnęło, nie było mowy o wejściu do środka, chociaż próbowałem, byłem na to gotowy – dodaje pan Sławomir.
Sąsiedzi próbowali gasić ogień wodą z wiaderek aż do przyjazdu straży pożarnej.
W czwartek rano ok. godz. 9 na miejsce tragedii udała się komisja strażacka i biegły sądowy.
Gdy przyjechali na miejsce, zauważyli, że w budynku pali się kolejne mieszkanie. Ekipy gaśnicze
szybko uporały się z pożarem. Doszczętnie spłonęło mieszkanie na drugim piętrze. Z budynku
ponownie ewakuowano mieszkańców. Także tym razem nikt z sąsiadów nie zauważył ani nie poczuł, że
pali się mieszkanie. Jego właścicielka była w pracy.
- Nikt nie ucierpiał – mówi Tomasz Świniarski, zastępca
komendanta miejskiego straży pożarnej w Elblągu. – Przyczyną tego pożaru najprawdopodobniej
było zwarcie instalacji elektrycznej pozostawionej w mieszkaniu, jakiegoś grzejnika czy kuchenki
elektrycznej. Zwarcie mogło nastąpić w chwili ponownego podłączenia prądu do zalanych mieszkań.
Jego zdaniem, jest prawdopodobne, że taka sama była przyczyna środowej tragedii, ale są to
tylko wstępne oceny.
Po wczorajszym pożarze ewakuowano mieszkańców bloku, a miasto zaoferowało im lokale zastępcze.
Mieszkańcy, pomimo że mają pozalewane mieszkania i boją się kolejnych pożarów, nie chcą jednak
wyprowadzać się ze swoich mieszkań. Są rozgoryczeni i oburzeni.
- Każecie nam iść w jeszcze gorsze miejsce niż to! – oburzała się Agata Bielicka. – Niech
któryś z urzędników zamieni się ze mną!
Mieszkańcy twierdzą, że częściową winę za tragedię ponoszą urzędnicy i administracja budynków.
- Myślą, że tu jest melina, tak o nas mówią i nic nie robią – twierdzi Andrzej Strąk. – Ale jak
chcieliśmy zamienić mieszkania, to nam nie pozwolono. W całym budynku jest owszem kilka melin,
ale czy to nasza wina? Przecież tu też mieszkają porządni ludzie! Nie chcemy się wiecznie baćÉ
- Kiedyś mieszkało tu więcej porządnych ludzi, ale urzędnicy za łapówki dali im inne
mieszkania, a tu wprowadzili element – dodaje jego żona. – Nas na łapówki nie stać, ale chcemy
żyć jak ludzie. Wyremontowaliśmy własnym kosztem nasze mieszkanie. Żyjemy jak na bombie, nad
nami melina, tak samo pod nami.
Zaprzecza temu wiceprezydent Czesława Piotrowska.
- Rzeczywiście kiedyś nie było tu spokojnie, ale od 1998 roku tych najtrudniejszych mieszkańców
wykwaterowujemy, sytuacja jest w miarę opanowana, a budynek dosyć bezpieczny – twierdziła
Czesława Piotrowska jeszcze kilkadziesiąt minut przed wybuchem drugiego pożaru.
Przedstawiciele administratora budynku – Zarządu Budynków Komunalnych – twierdzili natomiast,
że nie bez winy są sami mieszkańcy z Jaśminowej 11.
- Sami sobie sprowadzacie tu pijaków, jedne osoby są zakwaterowane, a wraz z nimi mieszka
dziesięć innych, żeby było spokojnie i nic nie było dewastowane to policja musiałaby tu być na
etacie – argumentował m. in. Jerzy Giereś, wiceprezes Zarządu Budynków Mieszkalnych. – Zresztą
występowaliśmy do straży miejskiej i policji o wzmożone kontrole tego obiektuÉ
- A może ta tragedia spowoduje, że ktoś wreszcie się nami zajmie? – zastanawiają się
mieszkańcy.
Po tragedii budynek przy ul. Jaśminowej jest przez całą dobę pilnowany, na zewnątrz przez
policję, wewnątrz przez straż miejską. Specjaliści sprawdzili sprawność instalacji elektrycznej
w każdym z lokali mieszkalnych. W mieszkaniach, gdzie jest całkowita pewność, że instalacja jest
sprawna włączana jest energia elektryczna. Do wielu mieszkań nie można się było dostać ze
względu na nieobecność lokatorów. Dla mieszkańców gorące posiłki i napoje są wydawane w stołówce
znajdującej się w pobliżu.
Budynek, w którym doszło do tragedii, był dawnym hotelem pielęgniarskim. W 1991 roku budynek
został przekazany na rzecz miasta przez Przedsiębiorstwo Budownictwa Robotniczego, w 1992 został
przekazany do eksploatacji przez ZBK. Znajdują się w nim 103 lokale mieszkalne, które zajmuje
264 mieszkańców. Czynsz wynosi ok. 250 zł.
Autor artykułu: Agnieszka Weiert